jeudi 9 décembre 2010
lundi 2 août 2010
Dług publiczny = wróg publiczny

Petycja do posłów Rzeczpospolitej Polskiej z prośbą o wpisanie do Konstytucji artykułu zakazującego zadłużania Państwa.Szanowni Państwo,
Zwracamy się do Was z prośbą o zastąpienie ust. 5, art. 216, Konstytucji Rzeczpospolitej, który stanowi:
„Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawa.”
Przepisem:
„Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których wzrośnie nominalny państwowy dług publiczny. Sposób obliczania wartości państwowego długu publicznego określa ustawa.”
Wierzymy, że taki zapis, zakazujący dalszego zadłużania Państwa, a więc pośrednio wszystkich polskich obywateli, przyczyni się do zwiększenia niezależności naszego kraju oraz do skończenia redystrybucji dochodu z młodszych pokoleń na pokolenia starsze.
Uważamy, że dalsze zwiększanie zadłużenia Państwa, doprowadzi w krótkim okresie do podwyżki podatków, która w całości zostanie przerzucona na obywateli, szczególnie tych młodych.
Tak jak w życiu rodzinnym nikt rozsądny nie zostawia w spadku swoim dzieciom własnych długów do spłacenia, tak też Państwo nie powinno zostawiać najmłodszym obywatelom takiego bagażu. http://www.dlug.koliber.org/
jeudi 24 juin 2010
Niepewne Pochodzenie Żydów

Brak genetycznego związku wielkiej części Żydów w Izraelu z rasą semicką pochodzi od faktu że genetycznie nie oni potomkami starożytnych mieszkańców Palestyny. Dlatego profesor Szlomo Sand kwestionuje uzasadnianie państwa izraelskiego na Bliskim Wschodzie dziedzictwem po przodkach. Natomiast dr. Sand rozpowszechnia swój program szerzenia demokracji i integracji Żydów z Arabami.
Książka profesora Sand’a pod tytułem: „The Invention of the Jewish People,” ukazała sie po hebrajsku w 2008 roku i była bestsellerem w Izraelu, a opublikowana po francusku w marcu 2009, była bestsellerem we Francji, gdzie otrzymała prestiżową nagrodę „Aujourd’hui” jako książka historyczna.
Obecnie książka pod tytułem: „The Invention of the Jewish People,” jest tłumaczona na kilkanaście języków, pewnie i na polski. Autor podróżuje w USA z wykładami na ten temat tej książki.
Profesor Sand twierdzi, że wpływ genetyczny Chazarów prawdopodobnie dominuje wśród ludności żydowskiej w Palestynie, która była zmuszana, za pomocą pogromów, wyjeżdżać po wojnie z państw satelickich do Palestyny, w okresie, kiedy Stalin tworzył tam państwo Izrael, po zainicjowaniu w Narodach Zjednoczonych, w marcu 1947, pierwszych oficjalnych żądań, o uznanie państwa Izrael przez ONZ. Historyk żuydowski, Roman Brackman, pisze że wczesny Izrael był „nieudanym satelitą Stalina.”
W 1976 roku, Artur Koestler opublikował książkę pod tytułem: „Trzynaste Plemie,” w której napisał, że Żydzi stanowią „psudo-naród” oparty na mylnej tradycji, uformowany pod wpływem Talmudu. Naturalnie książki Koestlera i Sand’a, są ostro atakowane przez zwolenników stosowania talmudycznych przepisów zwłaszcza w stosunkach Żydów z nie-Żydami.
Krótko przed publikacją książki Koestlera, Arabia Saudyjska żądała uznania syjonizmu przez ONZ jako program i system bezprawny, ponieważ był to system stworzony przez nie-semickich Żydów, nie mających według Arabów żadnych praw dziedzicznych do Palestyny. Niepewne pochodzenie Żydów w Izraelu, dodatkowo kompromituje obecne nieludzkie traktowanie Palestyńczyków przez władze izraelskie. Niestety obecnie Arabowie palestyńscy są traktowani podobne do traktowania Żydów w gettach przez Niemców w czasie wojny.
WWW.pogonowski.com
Chazarskim tropem


Artykuł dr-a Dariusza Ratajczaka na temat totalnie i bezczelnie sfałszowanej historii żydostwa, albo raczej historii talmudników. I te sprawy znane są większości naszych gości, ale warto przypomnieć, iż dr Ratajczak miał dokładnie te same poglądy, co my. – admin
Od dawna twierdzę, że historia jako nauka podporządkowana jest polityce. Szczególnie dotyczy to dziejów najnowszych, ale nie tylko. Również wydarzeniom odleglejszym czasowo, a pisząc dokładniej: niektórym naukowym teoriom, które są z nimi związane, grozi celowe zepchnięcie w otchłań niepamięci. Bo są niewygodne, niepoprawne, wręcz groźne dla możnych tego świata. Jedna z takich teorii, nie pozbawiona kontrowersji, lecz prawdopodobna, dotyczy pochodzenia większości europejskich Żydów, których potomkowie oprócz naszego kontynentu zamieszkują obie Ameryki, Australię oraz Izrael. W tym ostatnim do dnia dzisiejszego tworzą warstwę rządzącą państwem. Mówiąc wprost, chodzi o etnogenezę Aszkenazyjczyków.
We wczesnych wiekach średnich na euroazjatyckich stepach rozciągających się od Wołgi , Morza Kaspijskiego i Kaukazu pojawiły się bitne plemiona chazarskie. Był to koczowniczy lud turecki (a raczej turecko-tatarsko- mongolski), który wkrótce częściowo osiadł na roli. W VIII w. Chazarowie tworzyli już dobrze zorganizowany organizm państwowy obejmujący swym zasięgiem Krym i północne obrzeża Morza Czarnego po rzekę Dniestr. Prawdziwe imperium: od Kaukazu po tereny współczesnej Mołdawii! Pośrednicząca w wymianie handlowej między Wschodem i Zachodem Chazaria była rządzona przez chana (kagana), pod władzą którego znajdowały się trzy główne prowincje, siedem zależnych królestw oraz siedem plemion lennych. Wsród lenników plemiennych dominowali Słowianie oraz ludy fińskie.
Pierwotnie Chazarowie byli pogańskimi szamanistami, później zdawało się, że przyjmą islam, ostatecznie jednak przeszli na… judaizm, który stając się religią państwową ogarnął również prosty lud. Stali się „chazarskimi Żydami”, chociaż- nie zapominajmy- w chanacie mieszkali również „Żydzi-semici” uciekający przed władzą Bizancjum i muzułmanami. Przybywający wraz z nimi rabini stali się duchowymi przewodnikami Chazarów. Świadczą o tym chociażby prace wykopaliskowe Murada Magomedowa w Belendjerze i Semenderze (dawnych chazarskich miastach nad Morzem Kaspijskim). Uczony ten odkrył nie tylko groby chanów, ale i symbol ich władzy: sześcioramienną gwiazdę.
Zjudaizowani Chazarowie, dominujący oczywiście liczebnie nad semickimi uciekinierami, stanowili groźnych przeciwników dla swych sąsiadów. Wojowali z Bizancjum, przedsiębrali łupieżcze, wyjątkowo okrutne wyprawy na tereny czysto słowiańskie. Echa tych eskapad długo jeszcze pobrzmiewały w ruskich i rosyjskich legendach. Wspominały one o pełnych dramatyzmu bojach z „Wielkim Żydowinem”. Nie mógł być nim z oczywistych względów „Żyd-semita”, lecz chazarski konwertyta. Być może późniejszy niechętny stosunek wielu Rosjan i innych wschodnich Słowian do Żydów był następstwem utrwalonych w ludowej pamięci wydarzeń sprzed ponad 1000 lat. Wszak w historii nic się nie dzieje bez przyczyny.
Etniczne skutki budzących grozę rajdów były oczywiste. Pojmanych mężczyzn napastnicy sprzedawali w niewolę, natomiast Słowianki stawały się chazarskimi nałożnicami lub – po przejściu na judaizm – żonami. Tłumaczyłoby to współczesny antropologiczny obraz potomków europejskich Żydów, wśród których nie dominuje typ semicki (jego cechy są co najwyżej w niektórych przypadkach mniej lub bardziej wyeksponowane) a turecko-tatarsko- słowiański.
Sprawa zasadnicza: co się stało ze zjudaizowanymi Chazarami? Czy tak silne, żywotne plemię mogło rozpłynąć się we mgle ? Cóż, w II połowie X w., mniej więcej w czasach chrztu Polski, państwo chazarskie zostalo rozbite przez księcia kijowskiego Światosława. Tytułem rewanżu Słowianie popędzili wielu Chazarów na Ruś. Reszta dołączyła do współbraci później, uciekając przed hordami Czyngis Chana na ziemie polskie, rusko-litewskie, węgierskie i dalej . W ten sposób stali się europejskimi Żydami. Jest rzeczą otwartą jak długo zachowali niektóre obyczaje chazarskie, czy ogólniej świadomość swego pochodzenia. Albo jak mocno utrwalił się w nich żal lub wręcz nienawiść do sprawców upadku Chazarii. Czy były to uczucia stałe, podświadomie rzutujące na ich stosunek do sukcesora Rusi Kijowskiej aż do czasów współczesnych? Ciekawe pytanie, ale nie śmiem na nie odpowiedzieć.
Wersja o chazarskim pochodzeniu europejskich Żydów (Aszkenazyjczyków) ma swoich zwolenników. Przede wszystkim od dawna skłaniało się ku niej wielu uczonych i publicystów rosyjskich. Na Zachodzie natomiast przetarł jej drogę nie kto inny jak Artur Koestler. Autor „Ciemności w południe” napisał był prawie 30 lat temu ksiażkę „The thirteenth Tribe: The Khazar Empire and Its Heritage”, w której udowadniał, że Chazarowie byli antenatami Aszkenazyjczyków, czyli stali u źródeł europejskiego żydostwa. Wspierał tym samym wcześniejsze ustalenia mieszkańca Izraela Natana M. Pollocka. Ten tłumacz naukowych tekstów i korektor w firmie wydawniczej poświęcił 40 lat życia na udowodnienie tezy, że 6 z 10 żydowskich mieszkańców Izraela i 9 z 10 Żydów mieszkających w Europie i obu Amerykach ma korzenie chazarskie, a nie semickie. Jako ciekawostkę podam, że według ustaleń Pollocka nazwiska: Halperin, Alpert, Halpern, Galpern itd.- tak częste wsród europejskich Żydów – świadczą o chazarskim rodowodzie ich nosicieli (np. „Alper” w języku chazarskim oznacza „śmiałego rycerza”; miano to chan przyznawał szczególnie wybijającym się wojownikom). Podobnież: Kaplan, Caplon, Koppel itd. („Kaplan” oznacza „dzikiego jastrzębia”) oraz – co oczywiste – Kogan, Kagan, Kaganowicz.
We wrześniu 1966 r. Pollock postanowił oficjalnie uczcić 1000-lecie żydowsko-chazarskiego przymierza. Nie zgodziły się na to izraelskie władze między innymi dlatego, że teorię o chazarskim, to jest nie palestyńskim, pochodzeniu europejskich Żydów podjęli Arabowie. Naprawdę nikogo z oficjeli nie obchodziło, czy Pollock ma rację czy też mija się z prawdą. Po raz kolejny polityka nie pozwoliła historii wybić się na niepodległość.
A tak przy okazji: ciekawe, co by napisali publicyści „Gazety Wyborczej” gdyby okazało się, że rzekomi polscy antysemici są w istocie nieszkodliwymi anty-Chazarami?!
Dariusz Ratajczak
Od czasu napisania artykułu przez dr-a Ratajczaka, ukazało się sporo pozycji na ten temat, w tym także autorów żydowskich. Czy zrobiły one jakiekolwiek wrażenie na plugawych szmatławcach typu „GazWyb”? Czy przestały one bredzić o jakimś „antysemityzmie”?
Antysemityzm nie istnieje. Istnieje natomiast silny, oparty na racjonalnych przesłankach, doświadczeniach historycznych i instynktownej niechęci ludzi do kłamstwa, szubrawstwa i bandytyzmu, antyjudaizm/antytalmudyzm. – admin
mercredi 23 juin 2010

Aleksander Majewski: "Człowiek, który polit-poprawności się nie kłaniał"
Pamięci dr. Dariusza Ratajczaka
śp. dr Dariusz Ratajczak - niezłomny historyk
fot. śp. dr Dariusz Ratajczak - niezłomny historyk
11 czerwca br. media obiegła informacja o śmierci dr. Dariusza Ratajczaka. Całe prawicowe środowisko wstrzymało oddech, czekając na potwierdzenie tej wstrząsającej wiadomości. Stało się. 21 czerwca, dziesięć dni po znalezieniu zwłok w stanie zaawansowanego rozkładu w samochodzie historyka, Polska Agencja Prasowa podała informację, że rodzina Ratajczaka zidentyfikowała ciało.
Dr Dariusz Ratajczak urodził się 1962 r. w Opolu. Był synem znanego i szanowanego adwokata mec. Cyryla Ratajczaka (tego samego, który bronił za czasów PRL braci Kowalczyków oskarżonych o wysadzenie auli WSP w Opolu). Ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, a w 1997 r. obronił pracę doktorską „Zagadnienie postaw ludności Śląska Opolskiego w świetle wyroków WSR-ów w Katowicach i w Opolu w latach 1945-1955” (której promotorem był prof. Stanisław Nicieja). W latach 1988-2000 był pracownikiem naukowym Uniwersytetu Opolskiego. Momentem przełomowym w jego życiu było wydanie książki „Tematy niebezpieczne”, gdzie w przystępny dla czytelnika sposób, omówił poglądy rewizjonistów Holocaustu. Chociaż książka została wydana niewielkim nakładem autora (320 egz.), wywołała prawdziwą burzę i piskliwy klangor wśród przedstawicieli „elyty”. Oprócz przewidywanej nagonki „Gazety Wyborczej”, głos zabrały takie postacie jak Władysław „Profesor” Bartoszewski („Ta książka to hańbieniem narodu polskiego!”) czy prof. Witold Kulesza („To typowy przykład kłamstwa oświęcimskiego!”), a Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP oświadczyło, że "Ratajczak zasługuje na potępienie, a jeszcze lepiej - zignorowanie przez opinię publiczną". Jakby tego było mało, Prokurator skierował do sądu akt oskarżenia, powołując się na art. 55 ustawy o IPN („kto publicznie i wbrew faktom zaprzecza zbrodniom nazistowskim, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat trzech”). Sąd Rejonowy w Opolu, co prawda, umorzył postępowanie, ale kłopoty Ratajczaka nie kończyły się. Prokuratura (czy raczej „Demokratura”?) domagała się powtórzenia procesu. W 2001 r. sąd zawiesił postępowanie, ale jednocześnie przypiął Ratajczakowi łatkę „kłamcy oświęcimskiego”.
Z takim wilczym biletem, Ratajczak nie mógł już myśleć o dalszej pracy na uniwersytecie, którego władze najpierw zawiesiły historyka, a potem wydaliły. Na domiar złego, doktor otrzymał zakaz pracy w zawodzie nauczycielskim na 3 lata. Historyk był zmuszony podjąć pracę hotelowego tragarza, cierpliwie czekając na upływ 3 lat niesłusznej „banicji”. Nie wiedział jeszcze, że łatka „antysemity” położy się cieniem na całe jego życie…
Po przeczekaniu kary już żadna uczelnia, czy nawet biblioteka nie chciały zatrudnić Ratajczaka. Jego ojciec – Cyryl niemal do końca życia syna, wysyłał rozpaczliwe listy z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy dla syna (bez jego wiedzy, bezskutecznie próbował skontaktować się nawet z licealnym przyjacielem Dariusza – Grzegorzem Schetyną) . Jednak, nikt w obawie przed szykanami, nie zdecydował się wyciągnąć pomocnej dłoni w kierunku opolskiego historyka. Nie pomógł IPN, który kreuje się na instytucję broniącą polskiego interesu. Nie pomogli również Ryszard Bender czy Jerzy Robert Nowak, licytujący się w katolickich mediach na swój „patriotyzm”. Również ks. Prałat Henryk Jankowski czy o. Tadeusz Rydzyk, poza dobrym słowem, nie potrafili (a raczej nie chcieli) udzielić pomocy Ratajczakowi (u tego drugiego historyk niemal do końca pozostawał na tzw. „liście rezerwowych wykładowców”). Doktor pozostał sam.
Dariuszowi Ratajczakowi pozostało więc pisanie w czasopismach prawicowych (m.in. w „Nowej Myśli Polskiej”, „Najwyższym CZASIE!”, „Narodni Myslence” „Opcji na Prawo”, „Kronice” czy „Polonii”). Najprawdopodobniej, zdając sobie sprawę z beznadziejności własnej sytuacji, nie wahał się przed pisaniem na najbardziej kontrowersyjne tematy. W swoim danse macabre, poruszał kwestie, o których inni baliby się nawet pomyśleć.
Pisanie interesujących artykułów, nie zapełniało portfela Ratajczaka, który wyrokiem sądu był zmuszony płacić alimenty znacznie przewyższające jego zarobki (sędziego nie przekonały argumenty, że nikt nie chce przyjąć do pracy „antysemity”, nawet z doktoratem). W efekcie historyk stracił mieszkanie i jego domem został… samochód. Historyk już rzadko pisał artykuły. Zmarł jednego z upalnych, wiosennych dni 2010 r.
Śmierć Ratajczaka to kolejny przykład na to, że pałkarze politycznej poprawności nie cofną przed niczym, aby nachalnie promować swoją religię, której sacrum stanowi demoliberalizm, prawoczłowieczyzm i agresywny „tolerancjonizm”. Obok tychże „kapłanów” nowej religii, w jednym szeregu stoją menedżerowie Holocaust Industry, którzy zapełniają sobie kabzę, wykorzystując tragedię ofiar pomordowanych w Szoah, na prawo i lewo rzucając oskarżenia o antysemityzm. Co najgorsze, złamanie człowieka takiego, jak Dariusz Ratajczak, ma przyzwolenie wśród tzw. „inteligencji”. Przykładem tego mogą być słowa wybitnego prawnika, Prof. Andrzeja Zolla, który bez mrugnięcia okiem powiedział: „Kara, jaka go spotkała, to zdrowy objaw społeczny.” Dziwne, że takiej kary prof. Zoll nie domaga się dla gnoi, którzy w świetle fleszy kpią sobie z polskości i Wiary. W efekcie czego degeneraci pokroju Jakuba Wojewódzkiego (który zbeszcześcił flagę narodową) czy Adama Darskiego (nagminnie opluwającego chrześcijaństwo) są całkowicie bezkarni.
Odejście opolskiego historyka, zaszczutego przez szwadrony political correctness, powinno skłonić do refleksji również szeroko rozumiane środowisko prawicowe w Polsce. Jak bowiem możliwe, że ceniony historyk, dla którego, parafrazując Mackiewicza, „tylko Prawda była ciekawa” nie mógł znaleźć zatrudnienia na ŻADNEJ uczelni? A przecież naukowców, określających się mianem „ludzi Prawicy” w Polsce nie brakuje, nieprawdaż?
Teraz, jedyne co pozostaje, to zachować nieśmiertelną Pamięć o dr. Dariuszu Ratajczaku – Człowieku, który politycznej poprawności się nie kłaniał.
Aleksander Majewski
samedi 19 juin 2010
WYBORCZA FARSA ! !

Tak właśnie POLACY, zabierzcie sobie dowód i nie bierzcie udziału w tym farmaz(s)ońskim teatrzyku.
(O ciszy wyborczej wiem. Tyle, że ja nie agituję tu na korzyść żadnego z kandydatów. Wręcz przeciwnie...)
1. FARSA
Dzień w dzień polskojęzyczne media wbijają nam do głowy, że demokracja to najlepszy z możliwych ustrojów a udział w głosowaniu to „obywatelski obowiązek”. Wmawia się nam także, że nie głosując też w istocie głosujemy (że jak nie pójdziemy zagłosować na kogoś kogo nie lubimy, to inni pójdą i wybiorą kogoś kogo nie lubimy bardziej). Wszystko to razem służy wmówieniu nam, że mamy w ogóle jakikolwiek wpływ na to, kto rządzi, a przez to na kierunek, w jakim zmierza nasz kraj.
Wszystko to, niestety, nie jest prawdą.
Spójrzmy na początek na sytuację w Polsce, a konkretnie na ordynację wyborczą. Jej kształt – pokrętny i skomplikowany – sprowadza się do tego, że głosowanie oznacza w istocie wybór nie konkretnej osoby ale jednej z partii. Niby w wyborach prezydenckich głosujemy na osobę, ale kandydaci reprezentują daną frakcję polityczną i wiadomo, że będą oni działać w podobny sposób w jaki działa ich partia polityczna. W wyborach do sejmu i senatu, o wejściu lub nie wejściu do parlamentu danego kandydata decyduje przede wszystkim miejsce na liście – a o umieszczeniu na liście i miejscu na niej znów decydują przywódcy partii politycznych i ich terenowi reprezentanci. Teoretycznie wyborcy mogą tą kolejność zmienić, ale aby z dalszych miejsc na konkretnej liście wskoczyć do parlamentu trzeba mieć wyjątkowo dużo głosów, o parę rzędów wielkości więcej niż partyjny pomazaniec umieszczony na jej czele.
To dlatego na polskiej scenie politycznej dominują partie „wodzowskie”, a więc takie, gdzie dominują posłuszni wykonawcy woli wodza. To stąd biorą się „spadochroniarze” – czyli obsadzanie pierwszych miejsc na listach w głównych okręgach kandydatami, którzy z danym miejscem nie mają w ogóle nic wspólnego. To także dlatego brak w polskiej polityce jakichkolwiek nowych twarzy – obracają się przed nami niczym w karuzeli dokładnie ci sami politycy od 20 lat. Jedyne istotne wyjątki od tej reguły to był ruch Andrzeja Leppera, prorodzinny Roman Giertych, błazen sceny politycznej czyli Palikot oraz mający wieczne problemy z wymiarem sprawiedliwości Piskorski. By znaleźć się w Sejmie lub na jakimkolwiek stanowisku ministerialnym trzeba być wybrańcem wodzów jednej z głównych partii – i to wybrańcem sprawdzonym, który odsłużył przedtem swoje na niższych szczeblach, gdzie jest dokładnie to samo.
Sytuację zasadniczo pogłębia i petryfikuje mechanizm finansowania partii politycznych z budżetu państwa oraz próg wyborczy. Powoduje on, że wypadnięcie z politycznej karuzeli ma zwykle charakter trwały a wstęp do niej jest niezwykle utrudniony.
Ale na tym nie koniec – poza ordynacją wyborczą jest jeszcze rzeczywistość mediów. W obecnej chwili nie jest możliwe wygranie jakichkolwiek wyborów bez dotarcia do tzw. mas, a to zapewniają jedynie media o wielkiej „sile rażenia”, w praktyce przede wszystkim telewizja.
Telewizja jest dla polityki i demokracji najgorszą plagą z możliwych. Sam charakter telewizyjnego, ruszającego się obrazka powoduje u ludzi wyłączanie się racjonalnego myślenia, dużo większą rolę odgrywa estetyka i emocjonalna warstwa przekazu. Dlatego tak wielką rolę odgrywa aparycja kandydatów, ich ubiór i gesty – zdecydowanie, niestety, większą od ich poglądów, doświadczenia, dotychczasowych osiągnięć (lub ich braku) itp. Dlatego zamiast racjonalnego rozważania problemów państwa są emocjonalne przekrzykiwania, proste hasła i granie na najprostszych (a więc zrozumiałych dla przeciętnego wyborcy) skojarzeniach.Dlatego właśnie duże partie z duzym zapleczem finansowym zatrudniają specjalistów "od wyglądu", czyli firmy sektora Public Relations, mające za zadanie upiękrzyć jak się tylko da ich kandydata w oczach telewidza.
Ponadto telewizja jest medium niezwykle drogim do zbudowania i operowania – dlatego stacji telewizyjnych o dużym zasięgu jest niewiele. Kto je kontroluje ten de facto kontroluje jakie poglądy, tematy i problemy są dopuszczane do świadomości większości. Można powiedzieć, że kto kontroluje telewizję ten w istocie kontroluje wynik wyborów. I nie idzie tu bynajmniej o kwestię reklam. Reklamy przedwyborcze to (choć kosztowny i istotny element kampanii) drobiazg w porównaniu z „niezależnym dziennikarstwem”. To główni, pokazywani w dziennikach i po nich dziennikarze kształtują tak naprawdę opinię publiczną.
Teoretycznie oczywiście ten mechanizm może dobrze działać jeśli istnieją różne stacje TV i w nich różne punkty widzenia. Niestety, jak poprzełączać kanały to dominuje w ogólnym zarysie jeden i ten sam punkt widzenia (nazywany mainstream). Inne punkty widzenia wstępu do głównych kanałów TV nie mają, chyba, że po to by je wyśmiać jako bezsensowne i głupie. Widać to było jak na dłoni przy okazji nakręcania kampanii strachu wokół „świńskiej grypy” czy „globalnego ocieplenia” – racjonalne, naukowe argumenty sceptyków w obu tych sprawach nie miały do głównych stacji TV wstępu, chyba, że jako cytowane z ironicznymi uśmieszkami opinie „oszołomów”.
Podobnie zresztą jest i z „poglądami” oraz – co ważniejsze – praktyką rządzenia głównych partii politycznych. Różnice pomiędzy nimi sprowadzają się do retoryki, ale praktyka dziwnie jakoś jest taka sama. Choćby obecnie głowny, medialnie nakręcony konflikt PiS vs. PO – nienawiść wielka, opluwanie ogromne, ale przecież praktyka rządzenia niewiele różna. Ta praktyka rządzenia pokazuje co więcej zadziwiającą stałość przez ostatnie 20 lat pomimo zmian rządów. Ta praktyka to przede wszystkim chronienie status quo ustalonego w 1989 roku co do podziału wpływów, niekończące się rządy partii POLSKIE ZOO i dobijanie gwoździa ekonomicznie. Rozrost biurokracji, wzrost liczby działalności objętych koncesjami i zezwoleniami, wzrost podatków... a jednocześnie wzrost długu publicznego, który trwa niezmiennie i bez żadnych zaburzeń przez wszystkie zmieniające się rządy. Wyprzedaż zagranicznym "inwestorom" mienia państwowego oraz pozbywanie się niepodległości kraju.
Oczywiście, nie jest to sytuacja przypadkowa – bo główne, kształtujące opinię publiczną media należą do tych samych osób i kręgów, które kształtują partie polityczne – na przykład poprzez dotacje, zakulisowe powiązania „biznes-polityka”, czy też powiązania rodzinne lub wyznaniowe... Jednym słowem wybory to decydowanie o tym kto z już wcześniej przez elitę wybranych i wypromowanych w kontrolowanych przez nią mediach kandydatów będzie zajmował to czy inne stanowisko (fotel w sejmie, w rządzie, w pałacu prezydenckim itp.).
Czy w świetle powyższego głosowanie nie jest zatem niczym więcej jak farsą podobną do wyboru pomiędzy Pepsi a Colą? Co konkretnie zmieniło w Polsce wybranie tej czy innej partii? Co konkretnie zmieniali w strategii lewicowy Kwaśniewski czy prawicowy Kaczyński? Czy zmienił się kurs i kierunek prowadzonej polityki w warstwie faktów i twardych, gospodarczych przede wszystkim, realiów? Czy coś zmieniło się w sytuacji zwykłego obywatela – poza przemijającą satysfakcją, że „jego kandydat” (który ma go zresztą głęboko w dupie) wygrał?
A skoro tak, to czy warto marnować czas i energię na branie udziału w tej farsie? To już lepiej obstawiać konie na wyścigach – tam też wiele spraw jest „ustawionych”, ale przynajmniej można czasami wygrać jakieś pieniądze...
2. KANDYDACI
Oto dlaczego uważam, że Polacy nie mają tak naprawdę wyboru w tych wyborach, gdyż nie ma ani jednego kandydata, który byłby warty oddania na niego głosu:
Zacznę od faworyta notowań czyli wielkiego pupila polskojęzycznych mediów.
Bronisław Maria Komorowski.
Już samo poparcie od kłamczucha Tuska, powinno Komorowskiego eliminować! Gdyby świat był normalny, to żaden kandydat PO, po ponad dwóch latach (NIE)rządów tego ugrupowania, nie powinien mieć najmniejszych szans na wygranie jakichkolwiek wyborów. Komorowski marszałkował przecież w sejmie podczas gdy nie tak dawno temu Tusk, Sikorski i reszta piątej kolumny zżerającej wszystko co polskie, chcieli podarować nasze mienie narodowe (stocznie) swoim starszym braciom z izraela. Sprawa się rypła i zakatarzeni izraelici na pewien czas się wycofali, aczkolwiek tylko na pewien czas aż afarea na dobre ucichnie i już dzisiaj trwają przygotowania do kolejnej próby przejęcia tego jakże drogocennego majątku narodowego przez tych samych "zagranicznych inwestorów". Kolejny przetarg planowany jest tego lata i nie muszę chyba tłumaczyć, że jeśli Komorowski będzie wtedy prezydentem to z pewnością nie będzie swoim własnym braciom od chutzpy tego procederu utrudniał!
Komorowski to typowy dla ugrupowania PO kłamca i krasomówca. Typowy również przedstawiciel rządów "Polskiego Zoo". Wbrew kłamstwom z jego własnego spotu reklamowego, jakim to on nie jest Polakiem z Polski, Bronek pochodzi z rodziny, zamieszkującej w Kowaliszkach na LITWIE.
Komorowski sam o sobie pisał, że jest wielce przywiązany do wartości niepodległościowych i ziemiańskich, że od wielu lat związany jestem z ruchem harcerskim, i że to owy ruch harcerski właśnie, pod wieloma względami ukształtował go na całe życie. Zważywszy, że Komorowski urodził się w r. 1952 i do harcerstwa mógł wstąpić najwcześniej około roku 1964, jest najzupełniej oczywiste, że ZHP w tym czasie było już całkowicie opanowane przez władze PRL i zdecydowanie oderwane od swoich patriotycznych korzeni. W latach 60-tych to „czerwone harcerstwo” było wzorowane na sowieckich pionierach, tak więc powoływanie się Komorowskiego na dobre tradycje harcerskie w II połowie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych to zwyczajnie zakłamywanie historii Polski. Tego "wielkiego" przywiązania Bronka do polskich tradycji niepodległościowych nie potwierdza również fakt, że od 1977r. był on stażystą redakcyjnym w "Słowie Powszechnym", przy ówczesnym zespole prasy PAX.
Karierę polityczną w "nowej" Polsce, zaczął pan Bronek również wcale nie w Platwormie tylko w Uni Demokratycznej i to już dawno dawno temu. Posłem, własnie z tej partii został już w sejmie pierwszej kadencji w roku 1991. Zatem jest on następnym z tych wielu, którzy są przy korycie nie od wczoraj. W latach dziewięćdziesiątych był wiceministrem obrony narodowej w rządach: Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej, już wówczas zmieniając w ramach nowych trendów swoją przynależność partyjną, działając w kolejnych wcieleniach Unii Wolności. W ramach kampanii wyborów prezydenckich w roku 1990, Komorowski popierał Tadeusza Mazowieckiego, zwalczając jednocześnie Lecha Wałęsę. Później, tak jak większość polityków postkomunistycznych, gdy stał się zaciekłym wrogiem braci Kaczyńskich, równie zaciekle bronił Wałęsy, popisując się wówczas fraszkami o dość mizernym poziomie: „Lech Wałęsa zuch, starczy na tych dwóch”. O swojej współpracy z Mazowieckim, Komorowski powiedział: „Służba u Tadeusza Mazowieckiego, którego uważam za wspaniałego człowieka, była wielką sprawą rzutującą na moje późniejsze życie. (...) Mogłem żarliwość i ideowość rewolucjonisty przemienić w postawę urzędnika służby państwowej. (...) Wybrałem Mazowieckiego, bo już wtedy wiedziałem, że polityka wymaga kompromisu”. Komorowski razem z Onyszkiewiczem odpowiadają w dużej mierze za kompletny rozkład polskiej armii oraz ruinie uzbrojenia. Komorowski już wtedy stwierdził w jednej ze swych wypowiedzi, że „polski lotnik to jest taki, że jak trzeba będzie to nawet poleci na drzwiach od stodoły”.
(...)
Komorowski już w MON rozdysponowywał w wiadomy sobie sposób olbrzymi majątek wojska: pałace, lotniska, mieszkania... Wymienił żołnierzom ze cztery razy czapki i skarpetki, nie dając jednak do ręki ani jednego egzemplarza nowej broni.
W roku 1997, gdy wpływy Unii Wolności malały do zera, razem z Janem Marią Rokitą współorganizował Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe. Dla moralnej oceny działalności Komorowskiego nie bez znaczenia jest między innymi fakt, że w kadencji 2001-2005 rachunki za jego telefon komórkowy wyniosły 170 tysięcy zł, a inną ciekawostką jest to, że jest on właścicielem posiadłości we wsi, która nazywa się Buda Ruska.(...) Apogeum swoich karierowiczowskich działań osiągnął Komorowski w trakcie kampanii wyborczej w roku 2005, a szczególnie po przegraniu jej przez Platformę Obywatelską. Z całego ogromu jego agresywnych i absurdalnych wypowiedzi mógłby powstać jeszcze jeden rozdział do dziejów głupoty w Polsce. Niestety, nie chodzi tylko o głupotę, lecz również o ewidentnie wrogą wobec polskich interesów działalność. Jednym z hobby Komorowskiego jest myślistwo i wielkorotnie w ramach swoich napaści na Kaczyńskich, z lubością powtarzał, że najbardziej lubi polowanie na kaczki. Ze szczególną agresywnością występował Komorowski wobec Lecha Kaczyńskiego jako Prezydenta RP, mówiąc np. w 2006 r. że „Rzeczpospolita nie ma dziś prezydenta. Dzisiaj tylko jedna rządząca partia nazywa go prezydentem”. Dziwne podejście do demokracji, ponieważ jakby na to nie patrzeć, to przecież ponoć obywatele Polski, wolą większości wybrali demokratycznie Kaczyńskiego na prezydenta a nie tylko jedno ugrupowanie polityczne, podczas wewnątrzpartyjnego głosowania.
Następnym czynnikiem eliminującym są niejasne powiązania Komorowskiego z WSI. Gdy 30 września 2006 r. Sejm podjął decyzję o likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, Komorowski głosował przeciw i uznał, że rozwiązanie WSI jest zbrodnią. Aleksander Ścios napisał wtedy o Komorowskim: „Wolno powiedzieć, że okres od października 2007 roku do chwili obecnej to czas, w którym polityk PO korzystał z dobrodziejstw specjalnej ochrony ze strony środowiska byłych WSI i zależnego od tej osłony parasola medialnego”. Na temat powiązań Komorowskiego ze służbami specjalnymi „Gazeta Polska” (nr 9 z 3 marca 2010) opublikowała artykuł „Szpak, czyli weryfikacja Komorowskiego” w którym autor napisał: „Jeśli Bronisław Komorowski chciałby dziś zapomnieć o inwigilacji ludzi ze środowisk antykomunistycznych lub nie pamięta o swojej roli w nadzorowaniu działań WSI, może powinien zwrócić się do wojskowych przyjaciół o odświeżenie pamięci? Ich wiedza o nim nadal ma swoją cenę”. Jako pełniący obowiązki „głowy państwa” już w pierwszych dniach urzędowania podjął wiele kontrowersyjnych decyzji. Kilka godzin po katastrofie, w miejsce zmarłego Władysława Stasiaka powołał Jacka Michałowskiego (również byłego członka Unii Wolności a od 2000r. dyrektora programowego Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności...) na pełniącego obowiązki szefa Kancelarii Prezydenta.12 kwietnia, na stanowisku szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Komorowski zastąpił Aleksandra Szczygłę, gen. Stanisławem Koziejem (dla ciekawskich - http://pl.wikipedia.org/wiki/Stanislaw_Koziej). 29 kwietnia Komorowski podpisał ustawę o IPN, którą Kaczyński zamierzał skierować do Trybunału Konstytucyjnego, a która w znacznym stopniu upolitycznia Instytut Pamięci Narodowej. Na pytanie czy nie boi się „haków” w kampanii prezydenckiej, Komorowski odpowiedział, że na wszelki wypadek lochy zostały opieczętowane i czekają na okres powyborczy do decyzji następnego prezydenta...
Istnieje wiele wątków na temat powiązań Komorowskiego ze służbami specjalnymi. Nawet jeżeli są to tylko podejrzenia, są one groźne i żaden wyborca, niezależnie od poglądów politycznych, podejrzeń takich nie powinien ignorować. Tymbardziej, że prezydent w RP ma jednak trochę mocy wykonawczej a zasiadać będzie na tronie 5 lat, co jest dość długim okresem czasu.
Podsumowując? Moim zdaniem tylko kompletny bałwan i ignorant polityczny, bądź też NIE-Polak posiadający polskie obywatelstwo, mógłby z czystym sumieniem oddać głos na Komorowskiego. Proste.
- - -
Jarosław Kaczyński.
Andrzej Lepper podsumował kandydaturę Kaczyńskiego kompletnie i w 100%.
Powiedział krótko i na temat: "Jarosław Kaczyński miał już szansę. Był premierem, miał brata, świętej pamięci, prezydenta. Mogliśmy zrobić bardzo dużo dla Polski. On nie chciał jednak realizować programu "Solidarne państwo" i to go przekreśla, zdecydowanie".
W sumie wszystko na temat. Dodam jednak jeszcze to, że brat bliźniak prezydenta, który podpisał traktat lizboński oddając suwerenność Polski w obce łapska nie zasługuje na jakiekolwiek stanowisko publiczne a już napewno nie na pozycję prezydenta RP!!!!! Dodam jeszcze, że brat Jarosława oddał Polskę zgodnie z uchwałą sejmu z dnia 28 lutego 2008, przy czym oczywiście sejm wybrał ustawowy, a nie referendalny, tryb wyrażenia zgody dla Prezydenta RP na ratyfikację, nie prowadząc żadnych kampanii i mając w d*pie zdanie obywateli RP na ten temat (wtedy nie chcemy Waszych głosów a teraz chodźcie i głosujcie??)
Zatem Jarosław Kaczyński? Oj nie. Zdecydowanie NIE!!
- - -
I tu bym w sumie mógł skończyć, bo przecież i tak wygra jeden z powyższych kandydatów, ale rozumując w ten sposób, to równie dobrze mistrzostwa świata w piłce nożnej można by rozegrać w jednej grupie - w grupie A - z Brazylią, Hiszpanią, Niemcami i Włochami. Reszta grać nie musi bo przecież i tak któraś z tych drużyn "musi" wygrać (...)
Bzdura maksymalna, udowadniająca jedynie jak wielką farsą są te przeróżne wybory!
A zatem... Grzegorz Napieralski.
On również nie. Poparł go m.in.Wojciech Jaruzelski, szefem jego sztabu wyborczego jest były sekretarz w kancelarii Leszka Millera i Marka Belki - Marek Wikiński a na czele komitetu honorowego stanął Aleksander Kwaśniewski.
Czy tu trzeba coś więcej dodawać?
- - -
Waldemar Pawlak.
Przyznam szczerze, że nie chce mi się nawet rozpisywać na temat tej kandydatury. Przecież Pawlak nie dość, że jest w koalicji z PO to "rządzi" nieprzerwalnie od 1989 roku, trochę tu, troche tam ale zawsze blisko koryta. Jeden z tych wiecznych ministrów (a czasem nawet prezesem ich rady - 2 razy!). O tyle "szczery", że przynajmniej nie zmienia jak inni co jakiś czas nazwy partii, tylko sumiennie pod sztandarem PSL. To jednak wciąż nie powód, żeby zasługiwał na głos wyborców...
- - -
Andrzej Olechowski.
Już pomijając fakty, że jego nazwisko pierwszy raz pojawia się w historii Polski, gdy zasiada on przy okrągłym stole jako bezpartyjny doradca... gen. Jaruzelskiego (...), że to były minister finansów w rządzie Olszewskiego, że to były minister spraw zagranicznych w rządzie... Waldemara Pawlaka, że pomagał Bogusławowi Kottowi w zakładaniu Banku Inicjatyw Gospodarczych, który współtworzyli członkowie elit gospodarczych PRL, że w latach 1985 - 1987 był pracownikiem Banku Światowego a jego nazwisko pojawiało się nawet na liście członków grupy Bilderberg (http://www.fosar-bludorf.com/bilderberger/Liste.htm), to pamiętajmy ponadto, że to właśnie Andrzej Olechowski wraz z Maciejem Płażyńskim (z AWS!!) i Donaldem Tuskiem (z UW!!) założyli partię polityczną Platforma Obywatelska. Dopiero 2 lipca 2009 ogłosił decyzję o wystąpieniu z PO i już osiem dni później został przewodniczącym rady programowej Stronnictwa Demokratycznego nie przystępując jednak formalnie do tej partii po to, aby 21 grudnia 2009 zadeklarować zamiar startu w wyborach prezydenckich nie jako następny "partyjniak" tylko jako kandydat niezależny.
Kiedyś ktoś powiedział, że aby zrozumieć o co chodzi w polskiej polityce, trzeba wiedzieć kim jest Olechowski, gdzie był i co robił.
Po tym jak dostałem w swoje ręce internet już wiem o co mu chodziło...
Wystarczy aby nie zagłosować?
- - -
Andrzej Lepper.
Minister rolnictwa? Jak najbardziej! Wręcz na tak długo, na jak długo mu starczy sił. Ale z powodów oczywistych jednak nie na prezydenta Polski...
- - -
Wklejcie linki i sami przeanalizujcie. Napewno warto.
Ot choćby dlatego, że nikt z Was zapewne nie przypuszczał, że Szwajcaria wcale nie musi skapitulować przed Hiszpanią...
Kornel Morawiecki - http://pl.wikipedia.org/wiki/Kornel_Morawiecki
Marek Jurek - http://pl.wikipedia.org/wiki/Marek_Jurek
Janusz Korwin-Mikke - http://pl.wikipedia.org/wiki/Janusz_Korwin-Mikke
Bogusław Ziętek - http://www.wybory.wp.pl/kat,1025915,wid,12272635,wiadomosc.html
Pozdrawiam.
Inscription à :
Articles (Atom)